
Spektakularne latanie w kultowych miejscach
Latanie, przygoda, pyszne lokalne jedzenie. A przede wszystkim świetna ekipa i dobra zabawa. Oto jak można podsumować ten wyjazd
Każdy wyjazd do Maroka jest inny. Niby te same miejsca, te same startowiska i te same drogi, a jednak za każdym razem wydarza się coś, czego nie dałoby się zaplanować. I właśnie dlatego Maroko tak wciąga.
Tym razem przywitało nas zaskakująco zielone. Miejscowi mówili, że od trzech miesięcy z małymi przerwami pada deszcz, więc czerwone, pustynne krajobrazy momentami przypominały bardziej zielone Bieszczady niż Afrykę. Na wybrzeżu często zalegała mgła, dlatego czasem trzeba było improwizować i jechać po słońce i latanie tam, gdzie akurat dawało się je znaleźć.
Jednego dnia trafialiśmy idealnie w warun na klifach. Innym razem całe wybrzeże przykrywała wilgotna kołdra chmur, więc robiliśmy dzień odpoczynku – spacerując, próbując lokalnej kuchni, pijąc świeży sok z pomarańczy i obserwując codzienne życie w marokańskich miasteczkach. Dziewczyny dogadały się nawet z lokalną artystką od henny, poznaną wcześniej na marokańskim weselu.
Nie brakowało też spektakularnego latania. Na klifach Plage Blanche udało nam się idealnie wstrzelić w warunki – ogromne morze białych wydm było tylko dla nas. Innym razem na Aglou Plage lecieliśmy nawet 250 metrów nad poziomem oceanu, co w tym miejscu zdarza się naprawdę rzadko. Radość po takim lataniu była bezcenna.
Był też Antyatlas i przełęcz Kerdous. Spodziewałem się co najwyżej krótkiego zlotu, a okazało się, że grań działa. Jeden stacjonarny komin, ale całkiem sensowny. I właśnie wtedy wydarzyła się jedna z tych historii, które w Maroku zdarzają się tylko tu.
Podchodzę do toplandingu, a na dole pojawia się policja, która gestami i sygnałami z radiowozu próbuje nakazać mi lądowanie. Trochę „niechcący” przelatuję nad nimi i odlatuję dalej w góry. Na ziemi w tym czasie trwa rozmowa o słynnej marokańskiej „autorización” na latanie – dokumencie, który teoretycznie trzeba mieć, ale którego w praktyce nikt nigdy nie otrzymał, bo urzędy… nie odpowiadają na maile.
Policja chwilę stoi i obserwuje, jak kolejni paralotniarze odlatują w dal. W końcu odpuszczają i odjeżdżają. A my lądujemy gdzieś daleko w dolinie, zwijamy skrzydła i odpoczywamy w cieniu drzew arganowych.
I wtedy zatrzymuje się samochód z miejscowymi. Pytają skąd jesteśmy, jak się mamy i… zapraszają nas wszystkich na herbatę do szkoły koranicznej. Pokazują nam szkołę, częstują jak honorowych gości, robią wspólne zdjęcia i dają karton daktyli na drogę.
I właśnie za to kocham Maroko.
Jednego dnia ulatujesz policji, a godzinę później jesteś gościem honorowym w lokalnej szkole.
Były też bardziej humorystyczne momenty. Wracając z latania, wspominam w samochodzie historię, jak rok wcześniej policja złapała tu jednego z nas za prędkość. Pokazuję palcem ścianę, zza której wtedy mierzyli kierowców i mówię: „Teraz nikogo nie ma”. W tym momencie dzwoni telefon, a kolega pyta: „Pamiętasz tę ścianę…?”. I dokładnie wtedy zza niej wychodzą policjanci, zatrzymując mnie za przekroczenie prędkości. Cały samochód wybucha śmiechem, a zdezorientowany policjant… każe nam jechać dalej.
Takie rzeczy naprawdę zdarzają się tylko w Maroku.
Ostatni dzień naszej przygody spędziliśmy w Taroudancie – dawnej stolicy kraju. Decyzja była spontaniczna, bo na wybrzeżu znów zalegała mgła. Pojechaliśmy więc w stronę słońca… i świeżego soku pomarańczowego, który w tym mieście smakuje najlepiej. To często ostatni przystanek przed wylotem, bo do lotniska w Agadirze prowadzi stąd prosta droga.
Na koniec chciałbym podziękować całej ekipie za ten wyjazd.
Lucynie i Tomkowi – za to, że wracają tu ze mną kolejny raz i wciąż mają w sobie ogromną ciekawość świata.
Marcinowi – za piękny progres w lataniu i ogólnie ;).
Monice – za rozmowę z policją na startowisku.
Sebie – za pozytywną energię.
Adamowi i Agacie – za pomysły i dobre słowa, które przypominają mi, że to, co robimy, ma sens.
Kubie – za atmosferę, planszówki i śmiech niosący się po hotelowym holu do późnej nocy.
Gotkowi – za to, że się nie zmienia.
I Piotrkowi – za to, że chciał być z nami mimo wielu przeciwności.
Dzięki Wam ten wyjazd był dokładnie taki, jak powinien być: pełen latania, przygód, śmiechu i historii, które będzie się wspominało jeszcze długo.
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva
- _cuva










































